BoRkI

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Teksty O Japonii Języki obce Japończykom

Języki obce Japończykom

Japoński system edukacji opiera się na encyklopedycznym pochłanianiu informacji, a języki obce wykładane są w taki sam sposób jak biologia czy matematyka. Efekty? Japończycy doskonale rozwiązują testy z angielskiego, ale mówią tylko w swoim własnym języku. Żeby usprawiedliwić się jakoś, zwykle tłumaczą, że przecież mieszkają na wyspach, więc języki obce nie są im potrzebne.

Świat Zachodu stereotypy na temat Japonii buduje głównie na podstawie doniesień medialnych: a to na temat telefonii komórkowej trzeciej generacji, a to o olbrzymim sukcesie kasowym tournée jakiejś gwiazdy z Ameryki, a to znów o kolejnym elektronicznym psie, który chodzi, szczeka i łasi się do właściciela. Dzięki doniesieniom medialnym w świecie zachodnim panunje opinia, jakoby Japończycy byli narodem piekielnie inteligentnym i świetnie wykształconym. 

Ile prawdy jest w tej opinii? Niewątpliwie Kraj Wschodzącego Słońca jest potęgą w dziedzinie najnowszych technologii, ale już japoński system edukacji trudno uznać za dobry. Japończycy mają obszerną wiedzę, ale jest to wiedza teoretyczna, pomocna wyłącznie w rozwiązywaniu testów. Dlatego też uczniowie wypadają doskonale na sprawdzianach z angielskiego, nie potrafią się jednak w tym języku nawet przedstawić, o rozmowie nie wspominając.

- Miyako, każdy uczy się angielskiego w szkole, prawda? 
- Tak, obowiązkowo przez sześć lat.
- To jak to możliwe, że ludzie nie potrafią odpowiedzieć po angielsku nawet na najprostsze pytania? 
- Bo my się uczymy długo, ale bez zrozumienia. Uczymy się wszystkiego na pamięć, żeby zdać egzaminy, ale nikt nas nie uczy mówienia. 

Japoński system edukacji opiera się na encyklopedycznym pochłanianiu informacji, przy czym ich ilość ma znaczenie daleko większe niż jakość. Języki obce wykładane są w taki sam sposób jak biologia czy matematyka, co umożliwia bezbłędne zdawanie testów teoretycznych. Innych korzyści taki sposób uczenia nie daje, o czym może się przekonać każdy, kto spróbuje z miejscowymi pokonwersować w języku Szekspira. Kiedy zaznajamiamy sie z Japończykami, często podczas wstępnej wymiany uprzejmości wyjaśniają, że niestety nie mówią po angielsku, ponieważ uczyli się go tylko w szkole. Dla wszystkich jest oczywiste, że sześć lat wkuwania na pamięć gramatyki i słówek nie prowadzi do niczego, ale system działa i nikt go nie zmienia.

Nieliczni Japończycy, którzy nauczyli się angielskiego na tyle, by móc się w tym języku porozumiewać, na ogół wymawiają słowa angielskie na sposób japoński, stąd zrozumieć ich niekiedy bardzo trudno. W języku japońskim wyrazy kończą się samogłoską, więc angielskie wyrazy również zostają nadprogramowymi samogłoskami opatrzone: „wait” zamienia się w „waito”, „cut” w „cutto”, „orange” w „orangee” itd. Trzeba się do takiej wymowy przyzwyczaić, a wcale nierzadko jest się zmuszonym mówić w taki sam koślawy sposób, ponieważ „normalnego” angielskiego miejscowi często nie rozumieją. 

Nauczyciel, czyli native speaker

Braki lingwistyczne coraz więcej ludzi stara się uzupełniać w szkołach językowych. Są one popularne i drogie, ale jakość nauczania jest odwrotnie proporcjonalna do cen. Szkoły te zwykle rekrutują nauczycieli na rok, sprowadzają ich zza granicy, zapewniają wizę, kwaterunek i dobrą pensję. Od kandydata na belfra wymaga się dwóch rzeczy: ma być native speakerem i posiadać dyplom co najmniej licencjacki. Sęk jednak w tym, że nie musi to być dyplom z filologii czy pedagogiki, równie dobrze przyjechać może licencjonowany muzykolog, ekonomista, bankier, pielęgniarz czy astronom. Lekcje mają charakter konwersacji, podczas których nie mający pojęcia o metodyce, psychologii czy pedagogice delikwent rozmawia z uczniami.

Zaprzyjaźniony inżynier z Salwadoru, specjalista w dziedzinie trzęsień ziemi, dostał propozycję pracy w jednej z takich właśnie szkół językowych.
- Zaproponowali mi pracę dorywczą, raz na tydzień – opowiadał. - Trochę poszperałem w internecie, poszukałem materiałów do nauki hiszpańskiego, poczytałem… Denerwowałem się, chciałem dobrze wypaść… Ale na lekcji nikt nie zwracał na mnie uwagi, uczniowie rozmawiali ze sobą po japońsku, ode mnie wymagano tylko, żebym mówił po hiszpańsku. Żadnych prac domowych, nic z tych rzeczy…Chodziło tylko o to, żeby przeczekać, aż minie 45 minut i będzie można pójść do domu.

Szkoły zatrudniające native speakerów są popularne i Japończycy słono płacą za uzupełnianie luk w edukacji. Robią to jednak chyba tylko dla spokoju sumienia, bo efekty takiej „nauki” są równie spektakularne, jak te uzyskiwane metodą tradycyjną w czasie sześciu lat w szkole publicznej. Cudzoziemiec mieszkający w Japonii ma więc dwa wyjścia: albo nauczy się języka wyspiarzy, albo znajdzie japońskich przyjaciół, którzy będą w razie potrzeby gardłowac w jego imieniu. 



Dodaj do:

Deli.cio.us    Digg    reddit    Facebook    Wykop    Gwar
 
Komentarze (6)
Well, I also don't know English well...
6 Sobota, 02 Maj 2009 02:21
knightleyknightley
W liceum nauczyciel też był chyba z "łapanki" jak niejeden native w Japonii, a na studiach wiekowy profesor zawyżał mi oceny, ponieważ jego pierwsza dziewczyna miała na imię tak, jak ja...:) Teraz uczę się solidnie w szkole językowej, ponieważ angielski jest łatwiejszy od japońskiego. Minechi, Junichiro, Tenyu, Kentaro i Keijyu także nie znają dobrze języka z podobnej przyczyny - nauczanie w szkole było pod zdechłym Azorkiem, poza tym przez długi czas nie było na ważnej motywacji. Teraz jest^^.

Ciekawa jest ta uwaga o dodawaniu samogłosek na końcu angielskich słów. Na wszelki wypadek dobrze chyba będzie zawsze mieć przy sobie kartkę i coś do pisania - "Can you write it, please?";D
Ja nie sugeruję preferowanie afirmacji
5 Czwartek, 12 Luty 2009 08:40
Kabura
tylko spoglądanie na sprawy z dystansu.
"Tam edukacja to śmiech na sali, głupole nie potrafią Polski na mapie pokazać".
Słyszę takie wypowiedzi co rusz, w zależności, czy ten ktoś miał styczność ze Szwajcarami, Japończykami, czy Amerykanami. Ale to zdanie świadczy tylko o tym, że nasza "śródziemnomorska" dusza z góry zakłada, iż nasze podejście jest prawidłowe (uczenie się języków obcych jest ważne i basta, Goethe tak mówił i nie podskakuj). Ale akurat w ustach Polaków, którzy jakoś swoich samochodów na cały świat nie sprzedają, nie mówiąc o komputerach czy o ilości publikacji naukowych, ta pewność siebie jest zadziwiająca. Tak samo dziwi zaufanie cudzoziemców do tak "zacnego" periodyku jak Japan Times - dlaczego ludziom zabiera paręnaście lat zorientowanie się w jakości tego dziennikarstwa? Pewnie tyle właśnie trwa poznanie japońskiego na tyle, żeby móc skonfrontować podawane przez nich opinie z opiniami większości. Nie napiszę przecież, że nauczanie języków obcych jest w Japonii czymś, czego wynikami mogliby się pochwalić (nie byłbym oryginalny, bo każdy o tym piszę, nie wiem co za człek mógł podać Pani tak błędne informacje, o tym wiedzą nawet czytelnicy komiksów, którzy nigdy z Japończykiem nie rozmawiali), sugeruję, że Japonia jest, tam gdzie jest bez języka angielskiego, tak jak większość innych krajów od Francji począwszy na Tajlandii skończywszy.
Jeśli Japończycy zaszli dalej, to może my powinniśmy zacząć uczyć się encyklopedycznie? Albo jak Amerykanie - odtrącając jak najwięcej nieprzydatnej wiedzy? Chyba nie tutaj pies pogrzebany, dlatego zareagowałem na prześmiewczy charakter artykułu.
Gdyby Japończyk napisał podobnie o niewystarczającym poziomie angielskiego u Polaków - zareagowałbym podobnie - "so what?". Albo "przyganiał kocioł garnkowi"...
Zrozumieć nie znaczy bezkrytycznie afirmować
4 Środa, 11 Luty 2009 09:00
Iwona



Jestem daleka od bezmyślnej krytyki japońskiej kultury i mentalności, a co za tym idzie: od nabijania się, wyśmiewania i siania złowrogiej propagandy. Mimo to nie uważam, że jako ktoś wychowany w kręgu kultury śródziemnomorskiej asekuracyjnie muszę afirmować wszystko, co widzę, żeby nie narazić się na opinię ignorantki. Wlazłam między wrony i kraczę, w miarę możności, jak i one, nikogo na „zachodniość” nie nawracając. Zauważyłam jednak, że pisanie o tym, co w Japonii niedoskonałe, jest czymś w rodzaju tabu: kiedy mówię, że np. japońscy urzędnicy są niezwykle uprzejmi, nikt się nie oburza, że moja opinia jest kulturowo zdeterminowana i niesprawiedliwa, ale gdy dodaję, że nie znają angielskiego, dowiaduję się, iż mam zły charakter i rozpowszechniam kalumnie. Kiedy więc Japończycy krytykują coś w swoim ogródku, jest to krytyka, a kiedy cudzoziemiec mówi o tym samym zjawisku, daje wyraz swojej płytkości?
Ja też uczyłam się kiedyś rzeczy, których dziś zupełnie nie pamiętam – kto się nie uczył? Ale jednak jest różnica między fizyką czy chemią, a językami obcymi. Języki obce, w przeciwieństwie do wszystkich innych przedmiotów szkolnych, umożliwiają komunikację międzyludzką, stąd ich znajomość daje zupełnie inne możliwości niż biologia czy matematyka. Poza tym dla Japończyków nauka angielskiego to nie jest kwestia wyboru – oni są źle uczeni, a nie z premedytacją źle się uczą.
To, że autochtoni mówią głównie w swoim własnym narzeczu, traktuję jako fakt, a nie przywarę - podobnie zresztą jak to, że i większość Polaków zna tylko polski. Nie uważam, by każdy miał obowiązek uczyć się języków. Chciałam jednak napisać o swoich doświadczeniach w Japonii m.in. dlatego, że jedną z pierwszych rzeczy, jakich dowiedziałam się na wykładzie jeszcze w Polsce (wykład traktował o japońskim systemie edukacji), była informacja, że Japończycy angielski znają doskonale. Uwierzyłam wówczas profesorowi na słowo, przez co zaraz po przylocie na japońską ziemię przeżyłam kilka traumatycznych godzin, próbując dać sobie radę z przesiadką na lotnisku Haneda, gdzie okazało się, że teorię na temat angielskiego można między bajki włożyć. Myślę, że nie ja jedna uwierzyłam, że Japończycy doskonale znają angielski, więc pomyślałam, że warto napisać, jak rzecz na co dzień wygląda. Nie po to, żeby pokazać, że Japończycy są be, lecz np. po to, by ktoś lecący do Japonii mógł uniknąć nerwów i kłopotów, które ja przeżyłam.
Nie wiem, czy angielski jest tu problemem społecznym dla kogokolwiek. Jest tematem, który ciągle powraca i chyba jednak przeszkadza, skoro rząd stara się wprowadzać zmiany w systemie nauczania tego języka. „Japan's position in the future internationalized world will be determined by the nation's English ability” – napisali w Japan Times’ie (http://search.japantimes.co.jp/cgi-bin/ed20090112a1.html) i myślę, że nie bez kozery napisali.





Melduję z frontu
3 Poniedziałek, 26 Styczeń 2009 15:32
Kabura
że wyniki "risuningu", są mniej niż zadowalające, a TOEFLi i innych są najniższe w Azji. I to (nawet wg przewidywań rządu) nie zmieni się przez następną dekadę lub dwie.
Ale ja nie o tym. Chciałbym postawić retoryczne pytanie - co mówi o danym kraju dobra czy zła znajomość języków obcych? Nie jest tak, że kraje rozwinięte, bogate i samowystarczalne nie potrzebują ich aż tak, jak te z niepewną przyszłością, z wysokim współczynnikiem emigracji?
Twierdzicie, że "żeby naprawdę zrozumieć Japonię" trzeba być kimś bardziej "zaawansowanym" niż studencik po rocznym stażu. Tylko, że piszecie dokładnie to samo, co każdy taki "studencik". Dla mnie "zaawansowanie" przejawia się w zdolności zapytania siebie "dlaczego?", "i o czym to świadczy?".
Wychowaliśmy się w takiej kulturze, nie innej. Ktoś wmówił nam, że nie zakłada się białych skarpetek do czarnych butów, że nie łączy się różowego z czerwonym, że Japończycy nie znają indywidualizmu... A może to nam go brakuje, bo nie możemy wyjść poza ramy narzucone nam przez własny dom? Możemy się z innych kultur i zwyczajów nabijac, nazywać innych dziwakami, a ich styl mianować "kiczem". Ale to tylko świadczy o ograniczeniu nas samych, bo nie potrafimy się wyzwolić i pomyśleć jeszcze raz.
Ja też "udawałem", że się uczę chemii, a na uniwerku nie pamiętałem już niczego o zasadach i kwasach. Dla kogoś pewnie będzie to dziwne i bez sensu, że się tej chemii tyle lat uczyłem i nic z tego nie pamiętam. Cóż, po prostu nie lubiłem i wiedziałem, że mi się to nie przyda. Szanuje więc również wybór tych, którzy w podobny sposób traktują języki obce.
Bo coś mi się zdaje, że angielski w Japonii jest głównym problemem społecznym, ale głównie dla cudzoziemców...
Od Autorki
2 Środa, 21 Styczeń 2009 10:59
Iwona
Japończycy często mówią, że się języków nie uczą, bo żyją na wyspach, więc ich język im wystarczy. Ale po co w takim razie przez sześć lat udają, że nauczają i uczą się w szkole  angielskiego? Lepiej już byłoby nie mydlić nikomu oczu, czasu nie tracić i zwyczajnie zastąpić godziny angielskiego czymś bardziej przydatnym.
Z tym rozumieniem ze słuchu to jest dość ciekawa rzecz - na wstępnych wszyscy muszą to zdać, ale już na studiach nikt po angielsku nie rozumie. I nie tylko nie rozumieją języka mówionego, ale i pisanego, który powinien teoretycznie sprawiać mniej problemów. Znajomy profesor, Brytyjczyk, skarżył się nawet, że jego studenci na testach w języku angielskim muszą mieć pytania napisane katakaną, ponieważ angielskiego napisanego po angielsku nie rozumieją, a on jako nauczyciel nie ma prawa tego od nich wymagać. Znamy tu oboje z Bartkiem trochę studentów i, po iluś tam rozmowach ze studentami właśnie, śmiem wątpić w jakość tego egzaminu ze słuchu. Może się to z czasem poprawi?
Przypuszczam też, że w takich miastach jak Oita "porządni" native nauczyciele pojawią się ze sporym opóźnieniem. Na razie zmian nie widać - znajomek z Salwadoru wrócił do domu, a w szkole językowej hiszpańskiego zaczął uczyć doktorant z Kolumbii, który o nauczaniu ma takie samo pojęcie, jak jego poprzednik...


No a jest im potrzebny?
1 Wtorek, 20 Styczeń 2009 02:38
Zen-on
Ja też uczyłem się rosyjskiego w szkole "na pamięć", a pierwszy raz go użyłem 10 lat później dukając. Nigdy więcej nie był mi potrzebny. Japończykom też angielski się nie przydaje, a kontaktu z żywym językiem nie mają żadnego.
Uczenie się na pamięć, to jedna strona medalu, w szkołach japońskich jest masa zajęć z kreatywnego myślenia. Ktoś jednak tę elektronikę i gry wymyśla.
Jeśli chodzi o zmiany w systemie nauczania angielskiego, to będą one miały miejsce w przeciągu następnych trzech lat. Głównie konwersacja i to od młodszych klas. Japońscy nauczyciele już truchleją, szykują się szybsze przejścia na emeryturę.
Na egzaminach decydujących o tym, na jaki trafi się uniwerek już od kilku lat jest przedmiot "zrozumienie ze słuchu", ale skutki zmian zobaczymy dopiero za dekadę.
Zmiany nastąpiły już w dużych miastach i szkołach językowych - native musi być specjalistą z doświadczeniem, a zanim zostanie przyjęty czeka go seria rozmów przez Skype'a.
A co do uczenia się japońskiego, to jest po prostu mus. Taki sam jak dla wszystkich cudzoziemców decydujących się na życie w Polsce.

Dodaj swój komentarz

Twoje imię:
Temat:
Komentarz:

RSS - Nowe teksty

powiadamianie o nowych tekstach

RSS - Aktualności

powiadamianie o aktualnościach na stronie