BoRkI

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Teksty O Japonii U japońskiego doktora

U japońskiego doktora

Email Drukuj
Chorować w Japonii się nie opłaca. Dosłownie – służba zdrowia jest pierońsko droga i żadne ubezpieczenie (czy to państwowe, czy prywatne) nie pokrywa w całości kosztów leczenia. O ile jednak w aptekach można kupić środki przeciwbólowe czy opatrunkowe (które do najtańszych nie należą, podobnie zresztą cena prezerwatyw może wyjaśniać, dlaczego Japończycy coraz niechętniej łączą się w pary), to na próchnicę czy złamaną rękę nie ma rady – trzeba pójść do lekarza. 

Poczekalnia pełna Chopina


Japońskie szpitale, o klinikach nie wspominając, od polskich różnią się diametralnie. Są czyste, kolorowe i estetyczne, w wejściu nigdy nie brakuje wózków do przewożenia ludzi, którzy mają problem z przemieszczaniem się na własnych nogach, w poczekalni, w której dla każdego znajdzie się krzesło, można pooglądać telewizję, a o swoje miejsce w kolejce nie trzeba się lękać: gdy przyjdzie nasza kolej, uśmiechnięta pielęgniarka gromko zaanonsuje: „wielce szanowny pan Tanaka!”

W szpitalach, ponieważ są duże, chodzi się w butach, ale kliniki to już inna historia. W klinikach panuje atmosfera niemalże domowa. Buty zdejmuje się przy wejściu, a po wykładanych pastelową wykładziną wnętrzach chodzi się w kapciach. Czekanie na swoją kolej umilają sączące się dyskretnie z głośników dźwięki muzyki, zwykle poważnej, w toaletach pachnie ładniej niż na wiosennej łące, a ich wystrój uzupełniają wszelkie możliwe rodzaje chusteczek, wacików itp. utensyliów. 

U doktora

Wizyty u japońskiego doktora wyglądają zwykle podobnie.
Najpierw rejestracja u miłej pani recepcjonistki (panów na tym stanowisku jakoś nie widać), która nie mówi po angielsku. Potem wypełnianie ankiety: kim jesteś?, czy na coś chorujesz?, jakie leki bierzesz? co cię skłoniło do przyjścia teraz? Następnie czekanie, a w końcu spotkanie z doktorem. 

Doktora zawsze otaczają pielęgniarki, wszystkie uśmiechnięte i higieniczne, w dokładnie uprasowanych, obowiązkowo pastelowych uniformach. Kiedy się na nie patrzy, człowiek od razu nabiera poczucia, że żadne bakterie tudzież wirusy mu nie grożą. 
Jednemu doktorowi pomaga zwykle więcej niż jedna pastelowa pielęgniarka, a dotychczasowym rekordem były cztery. Doktor, nie bójmy się tego powiedzieć, za wiele podczas owego licznie asystowanego badania nie robił. W Japonii jednak nikomu to nie przeszkadza, ponieważ doktor jest tak ważną personą, że możnaby oczekiwać, że sam jego widok powinien leczyć.

To jest Doktor. Pan Doktor.

W tym miejscu należałoby dokonać małego sprostowania: w Kraju Kwitnącej Wiśni nie chodzi się do doktora, lecz do Wielce Szanownego Pana Doktora, który w wyspiarskiej hierarchii zawodów plasuje się tak wysoko, że pacjent zobowiązany jest zachowywać się względem niego pokornie, z tendencją do uniżoności.

Dystans kilku metrów, jakie dzielą krzesło w poczekalni od drzwi gabinetu lekarskiego, bezwzględnie należy pokonywać tzw. świńskim truchtem. To nie jest żart – szerokość korytarza japońscy pacjenci (również ci w zaawansowanym wieku) pokonują biegnąc, a raczej drobiąc małymi kroczkami z pochyloną głową. Normalny chód to przejaw arogancji, podobnie jak zadawanie pytań czy werbalizowanie wątpliwości względem badania lub kuracji. Doktora należy słuchać i w żaden sposób nie postponować. Spostponowany Doktor doznaje silnego obrażenia. 

Klasycznym przykładem tego zjawiska była Bartkowa wizyta u dentysty. Jeden ząb trzeba było potraktować leczeniem kanałowym, co zajęło kilka wizyt i skłoniło Doktora do zaaplikowania Bartkowi leku. Lek, jak to tutaj zwykle bywa, występował w postaci samotnej pigułeczki odciętej od macierzystego blistru. Nazwę, na szczęście, miał nadrukowaną. Bartek lek wziął do domu, po czym odnalazł w Internecie elektroniczną wersję „ulotki dołączanej do opakowania”, wedle której astmatycy, o ile zależy im na zdrowiu i życiu, owego medykamentu zażywać nie powinni. W ankiecie otrzymanej od pań recepcjonistek towarzyszący Bartkowi zaprzyjaźniony Japończyk wspomniał o astmie, ale najwidoczniej Doktor ankiety owej nie czytał.

Bartek więc, stawiwszy się na kolejną wizytę w związku z kanałowym, grzecznie napomknął o astmie i zasugerował, że może by mu jednak przepisać jakiś inny medykament. Pan Doktor przełknął zniewagę ze spokojem, po czym oddalił się. Pieczę nad Bartkową szczęką przejął inny dentysta, ten spostponowany zaś już się nie pojawił. Nowego leku nie przepisano.

Niezidentyfikowane obiekty leczące

Japoński Doktor nadmiernie rozmowny nie jest. Owszem – wyjaśnia, co też z nami właśnie wyprawia (tu kość pękła, teraz musimy ją tutaj połączyć za pomocą tego drucika, tutaj – o! – kawałek się odgiął…), ale poza tym nie tłumaczy niczego i niewiele go interesuje. Nie trafiliśmy jeszcze na takiego, który by przeprowadził z nami wywiad. Lekarski, rzecz jasna.

U każdego Doktora wypełnia się formularz, który wywiad zastępuje i z założenia oszczędza medykusowi pracy. Wypełniony kwestionariusz oddaje się pielęgniarce, a lekarz teoretycznie powinien go otrzymać i przeczytać. Teoretycznie, ponieważ, jak uczy doświadczenie, dostaje się później leki, których, gdyby ktokolwiek kwestionariusz przeczytał, raczej by się nie dostało.

Po badaniu lekarz wypowiada formułę brzmiącą mniej więcej tak: „Cierpi pan na chorobę X, zapiszę panu coś, co pana uleczy” i wypisuje receptę, którym to aktem kończy wizytę. Tabletki, maści i inne proszki pacjent dostaje wraz z instrukcją użycia (ile razy na dzień i przez ile dni) w liczbie przepisanej przez Doktora. Informacji na temat przepisywanych leków nie należy oczekiwać, a indagowanie Doktora primo: jest niegrzeczne, secundo: niewiele daje. Wnikanie w szczegóły terapii to kwestionowanie wiedzy i umiejętności Doktora. Doktorowi należy ufać, ot co!

Nie tylko pacjenci, którzy lubią wiedzieć, co zażywają, doznają u japońskiego Doktora srogiego zawodu. Cierpiący na choroby nawracające lub przewlekłe również nie powinni nastawiać się na kontynuację terapii. Szansa, że ktoś zapyta, czy choroba pojawiła się już kiedyś, lub zainteresuje się dotychczas przyjmowanymi lekami, jest bliska zeru.

Antybiotyki dobre na wszystko

Cóż, może i Doktorowi należy ufać, ale… lepiej mieć się na baczności. Jestem daleka od kwestionowania umiejętności i wiedzy lekarzy, ale uważam za lekką przesadę przepisywanie na katar silnego antybiotyku w parze z bardzo silnym lekiem na żołądek. A takie właśnie medykamenty (oraz trzy inne!) przepisał mi lekarz po stwierdzeniu, że chodzi o „zwykłe przeziębienie”. Informacje na temat leków znalazłam z Internecie, ponieważ od Doktora dostałam tylko zwyczajową papierową torebkę z garścią pigułek w różnych kolorach. Może japońscy pacjenci traktują tabletki jak landrynki, ja jednak wolę wiedzieć, co i w jakim celu zażywam.

Antybiotyki są bardzo często przepisywanym w Japonii remedium na bardzo różne dolegliwości. Przepisywano nam je już m.in. na katar, zadrapaną skórę, złamany palec i zęby. Warto także wspomnieć, że antybiotyk, który wedle ulotki powinno się zażywać przez siedem dni, ponieważ krótsza terapia może bardziej zaszkodzić niż pomóc, Doktor kazał łykać zaledwie przez trzy dni…

Przeciętny Japończyk łyka antybiotyki tak często i z tak błahych powodów, że jego organizm z jednej strony uodparnia się na ich działanie, z drugiej zaś staje się bardziej podatny na infekcje. Jest to sytuacja groźna, ponieważ w razie poważnej choroby, gdy antybiotyk jest ostatnią deską ratunku, uodpornionego chorego nie ma czym leczyć. Japońscy lekarze zdają się tym nie przejmować.

Pacjent też człowiek

Jedyny „nienadęty” lekarz, jakiego spotkaliśmy, to kobieta. Kobiet-doktorów nie ma wiele, miła pani doktor jest jedyną wsród lekarzy przedstawicielką płci pięknej, z jaką się zetknęliśmy. Jako jedyny również z poznanych przez nas medyków wyjaśniła, co zapisuje, z jakiej przyczyny, w jakim celu, jak ma to działać, co robić, gdyby nie działało itp. Jako jedyna po prostu porozmawiała z nami jak z ludźmi. 






Dodaj do:

Deli.cio.us    Digg    reddit    Facebook    Wykop    Gwar
 
Komentarze (11)
U japońskich doktorów - moje Post Scriptum
11 Czwartek, 30 Czerwiec 2011 14:23
I.
Na wypadek, gdyby ktoś z czytających tego bloga wziął sobie do serca zamieszczone przeze mnie wcześniej komentarze, z ulgą donoszę, że polecony lekarz w szpitalu uniwersyteckim, a także stomatolog znaleziony w sieci po długich poszukiwaniach okazali się profesjonalistami, co do których nie można mieć żadnych zastrzeżeń, podobnie jak do personelu współpracujacego. Myślę, że po tym, co opisałam poprzednio, ważne jest, aby uczciwie przyznać, że jednak nie jest niemożliwe trafić pod opiekę japońskich senseiów, którzy nie dają powodów do dodatkowego stresowania się w tak obcym dla nas środowisku. Jeśli ktoś będzie w podobnej do mojej sytuacji, z serca polecam zacisnąć zęby, uzbroić się w cierpliwość i w razie konieczności szukać aż do skutku.

Iwonko, przepraszam, ponieważ moje komentarze trochę zdominowały dotychczasowe wypowiedzi Twoich Czytelników. Nie mam jednak nic więcej do dodania, dlatego już milknę ;) Gdziekolwiek aktualnie jesteście Ty i Twój Mąż, niech Wam się układa jak najlepiej. Pozdrawiam Was serdecznie.
Dziękuję!
10 Piątek, 08 Kwiecień 2011 08:04
I.
U nas też ok, nawet nie mamy przerw w dostawie prądu, więc klikałam za Wami codziennie. Uff, ale mnie przetrzymałaś... ;) Teraz jednak cieszę się podwójnie, ponieważ jedną z moich myśli było, że z powodu bieżącej sytuacji może w ogóle postanowiliście zamknąć swój japoński rozdział życia i wraz z innymi wróciliście do Polski, a tu proszę jaka niespodzianka (: Wszystkiego dobrego i zawsze trafnych decyzji! Dziś pozdrawiam Was szczególnie gorąco.

Zanim sobie stąd pójdę, chciałabym ponownie nawiązać do Twojego, Iwonko, artykułu o lekarzach. Moje krótkie sprawozdanie mogłabym zatytułować "Niezidentyfikowany obiekt leczący", gdyż zastosowane przez Ciebie określenie pasuje w sam raz.
No więc, ponieważ czasy stały się niepewne, na wszelki wypadek wybraliśmy się z mężem do miejscowego szpitala z myślą o konsultacji i badaniach kontrolnych. Przygotowaliśmy się solidnie, spakowaliśmy całą moja historię choroby przewlekłej wraz ze zdjęciami RTG, a nawet translator, który ewentualnie miał posłużyć do lepszej komunikacji z lekarzem (jak pisałam wcześniej, mój mąż jest Japończykiem, ale chciał mieć pewność, że wszystko będzie jasne). Trochę byłam w stresie, bo badania, których się spodziewałam, należą do nieprzyjemnych, ale to, co się zadziało rozłożyło mnie na łopatki. Nie wiem, czy wszędzie w Japonii tak jest, ale u nas trzeba najpierw dać w punkcie rejestracyjnym posiadane dokumenty z opisem dotychczasowego leczenia, one potem wędrują do lekarza, który zwraca je na koniec wizyty. Tyle że do gabinetu lekarskiego poproszono tylko mojego męża i to z nim lekarz rozmawiał, a mnie "poproszono" o zaczekanie. Lecz doczekałam się tylko męża z powrotem. Pan doktor wręczył mu zaklejoną i opatrzoną krzyżykiem w miejscu sklejenia (!) kopertę z prośbą do lekarzy szpitala uniwersyteckiego w sąsiednim, większym mieście, aby mnie przejęli. A co tam jeszcze napisał, to nie wiem. Nic o nas bez nas, więc korci mnie, aby otworzyć, lecz pomyślałam sobie, że taki haniebny czyn gaijina już całkiem zdystansuje japońskich lekarzy do mojej osoby i może w nieskończoność będą mnie sobie podrzucać jak kukułcze jajo. Rozeźliło mnie takie podejście miejscowego lekarza, jednak głęboko zdumiona jego postawą i bardzo zmieszana mina mojego męża powstrzymała mnie przed wymuszeniem osobistej "audiencji" w gabinecie. W niemiły sposób oboje przekonaliśmy się, że prawdą jest to, co podaje wielu obcokrajowców: japońska służba zdrowia najchętniej chciałaby nie mieć nic wspólnego z gaijinami, niczym z ludźmi z innej planety. Normalnie i śmieszno, i straszno ;)
Dziękuje Ci, Iwonko, za Twój artykuł, bo łatwiej było przełknąć taką sytuację, wiedząc wcześniej, że tu w Japonii wszystkie lekarskie chwyty dozwolone.
Przepraszam, że tak późno!
9 Piątek, 08 Kwiecień 2011 01:47
Iwona
I! Wybacz, że dopiero daję znać, ale zawiadamiacz, który ma nas informować na bieżąco o nowych elementach na stronie, od jakiegoś czasu szwankuje, część nowości przemilczając, i Twój komentarz przeczytałam dopiero dziś. Dziękuję Ci za troskę :) Oita na szczęście w żaden sposób nie ucierpiała w wyniku trzęsienia i jedyne przykre konsekwencje tego wydarzenia to w naszym przypadku wyjazd kilkorga zaprzyjaźnionych studentów wymiennych, którym rodzime uczelnie ze strachu przed ewentualnym kryzysem atomowym nakazały wracać w trybie pilnym do domu. Mam nadzieję, że nikt z Twoich bliskich i przyjaciół nie ucierpiał! Pozdrawiam serdecznie :) Iwona
Nie na temat
8 Niedziela, 13 Marzec 2011 01:59
I.
Iwonko i Bartku, od kiedy przywrócono prąd w naszym mieście jestem w stałym kontakcie z rodziną i przyjaciółmi z Polski, ale na chwilę wpadam i tutaj. Nie znam języka na tyle dobrze, aby zrozumieć, co o Oicie podaje japońska telewizja, ale od początku z całego serca trzymam kciuki za Wasze bezpieczeństwo i spokój. Będę tu do Was zaglądać z nadzieją, że dacie jakiś znak.
Dentysta
7 Piątek, 25 Luty 2011 05:15
I.
Iwonko, @dresu nie zostawiłam, bo mam w nim nazwisko po mężu - On jest Japończykiem i tak jakoś niezręcznie się czuję, że tu u Was wieszam koty na Jego dentyście. Na szczęście mój mąż to mądry facet i zgodził się ze mną, że lojalność lojalnością, ale musimy znaleźć inny gabinet stomatologiczny. Trochę mnie podłamał, bo z Jego doświadczeń wynika, że nie będzie łatwo. Podobno dentystów w Japonii jest więcej niż sklepów(!) i wielu z nich kombinuje jak może, aby zatrzymać pacjentów. To, co w Polsce stomatolog wykonuje podczas jednej wizyty, tutaj często rozkładane jest na kilka, ponieważ za każdym razem na koncie dentysty lądują pieniądze z ubezpieczenia. Mojemu mężowi Jego aktualny dentysta mówi od 4 lat, że koszt plomby w naturalnym kolorze zęba to - w przeliczeniu na złotówki - 4000 (no dajcie spokój...) i że z uwagi na twarde japońskie produkty żywnościowe zębom lepiej służą plomby amalgamatowe. Zawartość rtęci w amalgamacie i ogólną szkodliwość dla zdrowia przemilcza. Domyślam się, dlaczego, ponieważ wielu polskich lekarzy także za prezenty od producentów i przedstawicieli handlowych wmawia pacjentom, że tylko taki, a nie inny medykament im pomoże.

Sprawdziłam na mapie, gdzie leży Oita - spory kawałek od nas, jednak bliżej niż Polska ;) Dlatego bardzo dziękuję Ci, Iwonko, za wsparcie. Wczoraj znalazłam forum gaijinpot, a na nim polecane przez obcokrajowców adresy dentystów w Tokio, więc najpierw spróbujemy tam. Przypadek Waszej znajomej daje do myślenia - zapamiętam wraz ze wszystkimi radami.

Serdecznie pozdrawiam Was oboje z Ibaraki Pref.
I jeszcze raz przeczytam sobie Twoją odpowiedź, zwłaszcza 4 i 5 zdanie, które podziałały jak najlepsza śmiechoterapia ;)
À propos problemów z dentystą
6 Czwartek, 24 Luty 2011 10:50
Iwona
I. - nie zostawiłaś mejla, więc odpisuję tu. Przede wszystkim - nie poddawaj się! :) Bartek nie zmienił kliniki, nadal chodzi do tej samej. Klinika jest malutka, ale dobrze wyposażona, zadbana itp., i bardzo blisko naszego mieszkania, więc szkoda by było ją zmieniać ze względu na lekarza - a ten niegdyś urażony po jakimś czasie doszedł do siebie i znowu się Bartka zębami zajmuje. Leków już nie przepisuje, więc nie ma powodu, by go ponownie znieważać ;) Jeśli naprawdę zdecydowałabyś się na podróż do Oity, to daj znać, skontaktujemy się mejlowo lub telefonicznie i podam Ci namiar na tę klinikę tutejszą. Ale jeśli wolałabyś jednak znaleźć coś w Twojej okolicy, to tu jest link do strony, na której możesz sprawdzić szpitale i kliniki w rejonie Tokio i wyszukać takie, które będą blisko Twojego miejsca zamieszkania, w razie potrzeby z lekarzami mówiącymi po angielsku. Klinik denstystycznych jest tak dużo, że na pewno trafisz na lepszą niż ta, o której piszesz!

Jeśli w recepcji na wstępie spytasz o rodzaj świadczonych usług, czas ich trwania itp. + cennik, na pewno unikniesz choć w pewnym stopniu irytacji i nerwów w gabinecie. Jeśli w cenniku stoi, że mają normalne plomby i za ile, to potem nie mogą już upierać się, że nie mają. Czasem trzeba uzbroić się w cierpliwość anielską i spytać o to samo 10 razy, upewniając się, czy aby na pewno jest tak, jak mówią (Bartek miał wstawionych kilka plomb światłoutwardzalnych, każda kosztowała ok. 2500 Y, a znajomej w tej samej klinice wmówiono, że jedna plomba termoutwardzalna kosztuje 30 000Y, więc zdecydowała się na amalgamat).

Mam nadzieję, że znajdziesz kilka choćby klinik blisko domu i że trafisz wkrótce na porządny gabinet! Nie upadaj na duchu! :) Trzymam kciuki i pozdrawiam serdecznie :) Iwona
Jeez...
5 Środa, 23 Luty 2011 07:59
I.
Ten tekst o japońskich lekarzach znam od prawie 2 lat, od 2 miesięcy natomiast na własnej skórze poznaję japońską służbę zdrowia. Wczoraj po raz pierwszy byłam tu u dentysty i jestem w szoku, który spotęgowała lektura wielu postów w Internecie na temat podobnych doświadczeń innych obcokrajowców. Niedoczyszczony gabinet, propozycja bezsensownie przeciąganych w czasie usług i wymieniania plomb tylko na amalgatowe. W Polsce mieszkałam w małym mieście, gdzie jednak poziom usług stomatologicznych jest na wysokim poziomie. Teraz wiem, że powinnam chociaż zabrać ze sobą zapas porządnej pasty do zębów z fluorem.
Iwonko i Bartku, czy po opisanym przez Was doświadczeniu z japońskim dentystą trafiliście w końcu na naprawdę dobrego? Jeśli tak, bardzo proszę o namiar. Mieszkam blisko Tokio, ale każdy sprawdzony adres byłby dla mnie cenny. Na tę chwilę jestem tak zdumiona, zła i zmartwiona, że jedynym wyściem wydaje mi się latanie do Polski na przeglądy stomatologiczne i ewentualne zabiegi. Jezu, myślałam, iż o Japonii wiem na tyle dużo, że nic tutaj nie będzie w stanie zaskoczyć mnie aż tak...
no ale:)
4 Czwartek, 06 Sierpień 2009 01:28
Przemek
W Polsce i reszczie Europy też tak jest :
Antybiotyki dobre na wszystko
czy
„Cierpi pan na chorobę X, zapiszę panu coś, co pana uleczy”
Ha, powinni przeczytać to ci, którzy bez opamiętania wieszają koty na polskiej służbie zdrowia;)
3 Sobota, 02 Maj 2009 01:48
knightleyknightley
(Chociaż zwykle mają racje:/)

Kurka kokoszka, a ja właśnie jestem chora przewlekle... No, czarno to widzę. Ale uniżoność wobec lekarza? W życiu! Chyba...:D
Zmienić
2 Wtorek, 20 Styczeń 2009 03:26
Zen-on
Niedouczonego bufona trzeba odstawić razem z jego pigułkami. W nowocześniejszych klinikach komputer pomaga w złapaniu błędu - jeśli zakreśliło się astmę, to pielęgniarka powinna to wprowadzić do systemu, a gdy potem lekarz coś przepisze, to komputer stwierdzi niezgodność. Trzeba jednak pamiętać, że rodzajów antybiotyków jest tu masa i mają one różną siłę działania. Znajomy tłumaczył mi, że w naszych krajach to, co oni tu podają, to przeważnie u nas nie jest traktowane jako coś, co my znamy pod tą nazwą. Można poznać, kiedy dają ten prawdziwy po tym, że lekarz widzący cudzoziemca i podający coś silnego tłumaczy mu, że jest taka konieczność, że wie, iż nie jest do do końca zdrowe i że nie wolno przerywać łykania. Jeśli Wasz przepisał do antybiotyku silny lek na żołądek, kiedy wszyscy inni dają (zamiast jogurtu) leki na odciążenie żołądka.
Radzę zmienić go natychmiast.
Dziwne, że płacicie duże sumy za leczenie? Może dużo zarabiacie? Powinniście płacić 30%, a jeśli jesteście na stypendiach, możecie dostać zwroty ograniczające wydatki nawet do 5%.
bardzo bardzo!
1 Czwartek, 08 Styczeń 2009 22:52
karolina koralik samuraj m
kochan ! a kochani ! , tego oczekiwałam dłuuugo....iwonko po prostu szalenie podobają mi się twoje spostrzeżenia. chociaż naczytałam się trochę na temat japonii, i sama chciałabym sprawdzić jak jest, to bardzo się cieszę, ze piszesz w ten sposób. żartobliwie, n.p o świńskim truchcie...loll, wysłałam dalej ludkom kawałek tekstu aż!. pochrumkuję tu sobie z ukontentowania, i słodzę ci ale uważam że zasłużenie. bedę czekała z niecierpliościa każdej nowej opowiastki.
wielce ci oddana wyżej podpisana. ka

Dodaj swój komentarz

Twoje imię:
Temat:
Komentarz:

RSS - Nowe teksty

powiadamianie o nowych tekstach

RSS - Aktualności

powiadamianie o aktualnościach na stronie