Najpopularniejszym środkiem komunikacji miejskiej jest w Oicie kolej. Tramwajów ani metra nie ma wcale, a autobusy owszem – jeżdżą, ale dużo rzadziej niż pociągi i tylko w wyznaczonych strefach.
Kultura podróżna
Wszelkie środki transportu są czyste i zadbane: żadnych papierków, zżutych gum, nieudolnych graffiti (o wandalach może i ktoś słyszał, ale mało kto w nich wierzy). Tyle, jeśli idzie o warunki „lokalowe”. Co się zaś tyczy współpasażerów, to Japończycy wsiadają do pociągów albo zupełnie spokojnie i grzecznie, albo bardzo nerwowo i z użyciem łokci. Sytuacja pierwsza ma miejsce wówczas, gdy mają bilety z miejscówką, czyli na każdej dłuższej trasie, druga – gdy przemieszczają się lokalnymi pociągami.
Wsiadanie do ekspresu odbywa się z zachowaniem powagi: ludność autochtoniczna ustawia się grzecznie w kolejce w wyznaczonym miejscu peronu (wyświetlane są napisy, gdzie stanie który wagon), nikt się nie tłoczy, nikt się nie pcha, nie pomstuje, nie wbija parasolek między żebra współpasażerów, nie robi strategicznych kalkulacji zmierzających do ustalenia, w którym miejscu peronu stanąć, by zdążyć dobiec do drzwi szybciej niż inni i zająć siedzenie. Pociąg, jeśli jest to ekspres lub coś jeszcze szybszego, jest objęty rezerwacją miejsc, zatrzymuje się zawsze w tym samym punkcie peronu, dzięki czemu pierwszy osobnik z kolejki po prostu robi krok do przodu i wsiada do wagonu, reszta za nim, potem drzwi się zamykają i jedziemy.
Karna i spokojna kolejka do ekspresu
Cóż, pociągi lokalne to już zupełnie inna kategoria. Od późnego poranka do wczesnego wieczora podróżuje się nimi wygodnie i z reguły nie brakuje miejsc siedzących, ale w porze dojazdów do pracy i powrotów do domu obowiązuje stara, sprawdzona zasada, która głosi prymat szybszych i silniejszych nad wolniejszymi i słabszymi – innymi słowy: rządzi prawo dżungli. Tu już nie ma co liczyć na kolejkę, tłum się zwiera i napiera na drzwi, wyraźnie ignorując wysiadających, choć teoretycznie powinno się jedną stroną drzwi wsiadać, a drugą wysiadać. Wcale często wysiadając ma się przed sobą zwarty krąg wsiadających, którzy bynajmniej nie zamierzają uformować luki w kordonie, i w takiej sytuacji łatwo można odnieść wrażenie, że teraz to albo krok w dół i na peron wyłazimy pod wagonem, albo zostajemy w pociągu i może uda nam się z niego wydostać na następnej stacji…

A tu już podróżni uformowani w hordę.
Choroba morska
Ekspresy mkną po torach nawet kilkaset kilometrów na godzinę i zamiast klasycznego „stuk-stuk, stuk-stuk” połączonego z rytmicznym podrygiwaniem wydają z siebie długie „zzzzzium…” połączone z bujaniem. Kolebie jak na statku.

Dotychczas choroba lokomocyjna dopadała mnie wyłącznie w samochodzie i to tylko na bardzo krętych trasach, a konkretnie to tylko w Alpach Szwajcarskich, gdzie drogi bardziej przypominały serpentyny niż cokolwiek innego. Nigdy natomiast nie cierpiałam na chorobę lokomocyjną w pociągach, kiedy więc po raz pierwszy wsiadałam do lokalnego ekspresu zmierzającego do Fukuoki, nie przewidywałam żadnych problemów. Pociąg czysty, klimatyzowany, szybki, czegóż chcieć więcej? A jednak dość szybko poczułam, że chyba coś jest nie tak, jakoś się buja ten wagon czy coś… Do Fukuoki dojechałam zielona na twarzy i zwinięta w rulon, i od tego czasu pożeramy z Bartkiem przed każdą dłuższą podróżą koleją tabletkę przeciw chorobie lokomocyjnej, choć moim zdaniem chodzi raczej o chorobę morską. Jaka tam ona lokomocyjna, skoro nie trzęsie i nie telepie, a tylko majestatycznie buja w prawo i lewo, jak na fali.
Zwykłe lokalne pociągi nie wywołują żadnych objawów chorobowych, mają gorsze resory i bardziej się trzęsą niż bujają. Na szczęście.

Na pociąg można poczekać w klimatyzowanym „akwarium”. Bardzo praktyczna rzecz, szczególnie latem, kiedy temperatura na zewnątrz potrafi dojść do 40º C, a wilgotność przekroczyć 80%.
Pasażerowie
Krótkie, jedno- lub dwuwagonikowe pociągi dowożą niezmotoryzowanych Japończyków do szkół i zakładów pracy, stąd w lokalnych pociągach widać głównie gimnazjalistów w mundurkach, studentów bez mundurków oraz salarymanów i office ladies, czyli pracowników firm wszelakich w strojach apelowych.
Pasażerowie nazbyt gadatliwi nie są. Ci w wieku pracowniczym zamiast wdawać się w pogawędki, śpią (zważywszy na liczbę godzin, jaką przeciętny Japończyk spędza w pracy, jakoś mnie to nie dziwi). Ciekawa rzecz: mimo że zdecydowana większość salarymanów i office ladies nosi garnitury lub kostiumy, to wcale nie wygląda elegancko. Może bierze się to z faktu, że są często przygarbieni, że zamiast eleganckich butów, które by do garniturów pasowały, noszą nieładne pantofle, które można kupić w każdym markecie, że ubrania mają niedopasowane? Przypominają polskich konduktorów: niby koszule mają wyprasowane, niby powiewają połami marynarek, ale na bal nikt by ich nie wpuścił.
Studenta od gimnazjalisty odróżnia strój: pierwsi noszą się, jak chcą, drudzy są umundurowani. Zachowują się tak samo: są na ogół wpatrzeni w ekrany telefonów. Słuchają dzięki nim muzyki, oglądają telewizję, szperają w internecie, piszą i czytają e-maile (w telefonach trzeciej generacji nie ma ma sms-ów), grają w gry, oglądają się w kamerze, która zastępuje lusterko i robią sto tysięcy innych rzeczy, bo opcji w telefonach jest zatrzęsienie. Przy każdym aparaciku obowiązkowo dynda wiązka minizabaweczek, a na obudowie ponaklejane są kolorowe nalepki i brylanciki. U najmodniejszych komórka nie mieści się w kieszeni, bo zabawki zajmują nieraz więcej miejsca niż sam telefon.
Gapowiczów brak
Do hallu dworcowego wchodzi się swobodnie, ale już na perony wyłącznie po kupieniu biletu. Na małych stacjach przy wejściu na perony stoi automat z biletami i miły konduktor, który odjeżdżającym bilety sprzedaje i stempluje, przyjeżdżającym zaś odbiera. Na większych stacjach oprócz automatu z biletami i konduktora są też bramki, które otwierają się po wsunięciu weń ważnego biletu. Tak czy owak, i na dużych, i na małych stacjach nie ma możliwości, by wejść i wyjść na peron bez biletu, bo zawsze na drodze stanie nam albo konduktor, albo konduktor i bramka (no, chyba że się wysiada na małej stacji i wraca na tyle późno, że konduktorowi nie chce się czekać na pasażerów wysiadających z pociągu, więc nie ma go na peronie).

Podobnie nie da się jeździć na gapę w autobusach: wsiada się środkowymi drzwiami, naciska guzik i dostaje numerek (przystanku), a wysiada wyłącznie drzwiami obok kierowcy, po uiszczeniu opłaty, przy czym kierowca od razu widzi, ile przystanków przejechaliśmy. Nie okażesz biletu i nie uiścisz opłaty, to i nie wyjdziesz. System jest diabelnie sprawny i praktycznie wyklucza kombinowanie, bo możnaby teoretycznie wsiąść i, na przykład, wydrukować numerek dopiero trzy przystanki później, jakby nigdy nic, ale myślę, że Japończyk prędzej by zszedł śmiertelnie ze wstydu, niż zrobił coś takiego. My zresztą też byśmy zeszli.
Bilety sprawdzane są w pociągach tylko na dłuższych trasach, przy czym różnie to ze sprawdzaniem bywa. Bartek pojechał kiedyś ze znajomą do Kumamoto i w drodze powrotnej podali przez pomyłkę niewłaściwe, już skasowane bilety, a uśmiechnięta konduktorka bez słowa komentarza ostemplowała je jeszcze raz. Najprawdopodobniej bała się wdać w dyskusję z obcokrajowcami.
Cenny bilet
Ogólnie rzecz ujmując, podróżowanie po Japonii koleją jest łatwe i przyjemne: pociągi są punktualne (nie pamiętam, żaby kiedykolwiej cokolwiek się spóźniło), szybkie, dobrze utrzymane i klimatyzowane. Poza wywoływaniem u jednostek podatnych choroby lokomocyjnej pociągi mają właściwie tylko jedną wadę: są piekielnie drogie.
| < Poprzednia | Następna > |
|---|






1000km jest akurat z Pragi do Kopenhagi. Za studencki bus placisz 70EUR, za pociag nie wiem, ale jedzie sie 13h i pociagiem (dwa razy taniej, ale dwa razy dluzej), 12.5 autobusem, wiec pewnie ceny podobne. Samolot w powietrzu 1.20, czyli tak samo, pewnie z dojazdami bedzie trwac podobnie, a bilet kosztuje o 1/3 mniej niz w Japonii. Za to wlasnym samochodem za darmo.
Srednia placa Czecha to 21714 koron, czyli 113,884 jenow, ponad 3 razy mniejsza niz Japonczyka. Mysle, ze o to chodzilo Zenonowi, choc na jego miejscu nie porownywalbym cen uzywajac przykladu piwa, bo jedno u poludniowych sasiadow kosztuje 2-3 razy mniej niz w Japonii. Zeby miec prawdziwy obraz roznicy cen nie mozna porownywac jedynie rzeczy, ktore sa w jednym miejscu wyjatkowo tanie, a w innym wyjatkowo drogie (jak owoce w Japonii czy piwo w Czechach), trzeba znac przekroj calosci, najlepiej w roznych stronach swiata. Wtedy mozna miec obiektywniejsze spojrzenie. I na ceny, i na rowery, i na wlasne kulturowe klapki na oczach.
PS: naprawdę aż tak droga ta kolej? W Polsce płacę za 40km jazdy pociągiem cenę jednego piwa w barze, w Japonii też...