U nas też ok, nawet nie mamy przerw w dostawie prądu, więc klikałam za Wami codziennie. Uff, ale mnie przetrzymałaś... ;) Teraz jednak cieszę się podwójnie, ponieważ jedną z moich myśli było, że z powodu bieżącej sytuacji może w ogóle postanowiliście zamknąć swój japoński rozdział życia i wraz z innymi wróciliście do Polski, a tu proszę jaka niespodzianka (: Wszystkiego dobrego i zawsze trafnych decyzji! Dziś pozdrawiam Was szczególnie gorąco.
Zanim sobie stąd pójdę, chciałabym ponownie nawiązać do Twojego, Iwonko, artykułu o lekarzach. Moje krótkie sprawozdanie mogłabym zatytułować "Niezidentyfikowany obiekt leczący", gdyż zastosowane przez Ciebie określenie pasuje w sam raz.
No więc, ponieważ czasy stały się niepewne, na wszelki wypadek wybraliśmy się z mężem do miejscowego szpitala z myślą o konsultacji i badaniach kontrolnych. Przygotowaliśmy się solidnie, spakowaliśmy całą moja historię choroby przewlekłej wraz ze zdjęciami RTG, a nawet translator, który ewentualnie miał posłużyć do lepszej komunikacji z lekarzem (jak pisałam wcześniej, mój mąż jest Japończykiem, ale chciał mieć pewność, że wszystko będzie jasne). Trochę byłam w stresie, bo badania, których się spodziewałam, należą do nieprzyjemnych, ale to, co się zadziało rozłożyło mnie na łopatki. Nie wiem, czy wszędzie w Japonii tak jest, ale u nas trzeba najpierw dać w punkcie rejestracyjnym posiadane dokumenty z opisem dotychczasowego leczenia, one potem wędrują do lekarza, który zwraca je na koniec wizyty. Tyle że do gabinetu lekarskiego poproszono tylko mojego męża i to z nim lekarz rozmawiał, a mnie "poproszono" o zaczekanie. Lecz doczekałam się tylko męża z powrotem. Pan doktor wręczył mu zaklejoną i opatrzoną krzyżykiem w miejscu sklejenia (!) kopertę z prośbą do lekarzy szpitala uniwersyteckiego w sąsiednim, większym mieście, aby mnie przejęli. A co tam jeszcze napisał, to nie wiem. Nic o nas bez nas, więc korci mnie, aby otworzyć, lecz pomyślałam sobie, że taki haniebny czyn gaijina już całkiem zdystansuje japońskich lekarzy do mojej osoby i może w nieskończoność będą mnie sobie podrzucać jak kukułcze jajo. Rozeźliło mnie takie podejście miejscowego lekarza, jednak głęboko zdumiona jego postawą i bardzo zmieszana mina mojego męża powstrzymała mnie przed wymuszeniem osobistej "audiencji" w gabinecie. W niemiły sposób oboje przekonaliśmy się, że prawdą jest to, co podaje wielu obcokrajowców: japońska służba zdrowia najchętniej chciałaby nie mieć nic wspólnego z gaijinami, niczym z ludźmi z innej planety. Normalnie i śmieszno, i straszno ;)
Dziękuje Ci, Iwonko, za Twój artykuł, bo łatwiej było przełknąć taką sytuację, wiedząc wcześniej, że tu w Japonii wszystkie lekarskie chwyty dozwolone.