Ja też uczyłam się kiedyś rzeczy, których dziś zupełnie nie pamiętam – kto się nie uczył? Ale jednak jest różnica między fizyką czy chemią, a językami obcymi. Języki obce, w przeciwieństwie do wszystkich innych przedmiotów szkolnych, umożliwiają komunikację międzyludzką, stąd ich znajomość daje zupełnie inne możliwości niż biologia czy matematyka. Poza tym dla Japończyków nauka angielskiego to nie jest kwestia wyboru – oni są źle uczeni, a nie z premedytacją źle się uczą.
To, że autochtoni mówią głównie w swoim własnym narzeczu, traktuję jako fakt, a nie przywarę - podobnie zresztą jak to, że i większość Polaków zna tylko polski. Nie uważam, by każdy miał obowiązek uczyć się języków. Chciałam jednak napisać o swoich doświadczeniach w Japonii m.in. dlatego, że jedną z pierwszych rzeczy, jakich dowiedziałam się na wykładzie jeszcze w Polsce (wykład traktował o japońskim systemie edukacji), była informacja, że Japończycy angielski znają doskonale. Uwierzyłam wówczas profesorowi na słowo, przez co zaraz po przylocie na japońską ziemię przeżyłam kilka traumatycznych godzin, próbując dać sobie radę z przesiadką na lotnisku Haneda, gdzie okazało się, że teorię na temat angielskiego można między bajki włożyć. Myślę, że nie ja jedna uwierzyłam, że Japończycy doskonale znają angielski, więc pomyślałam, że warto napisać, jak rzecz na co dzień wygląda. Nie po to, żeby pokazać, że Japończycy są be, lecz np. po to, by ktoś lecący do Japonii mógł uniknąć nerwów i kłopotów, które ja przeżyłam.
Nie wiem, czy angielski jest tu problemem społecznym dla kogokolwiek. Jest tematem, który ciągle powraca i chyba jednak przeszkadza, skoro rząd stara się wprowadzać zmiany w systemie nauczania tego języka. „Japan's position in the future internationalized world will be determined by the nation's English ability” – napisali w Japan Times’ie (http://search.japantimes.co.jp/cgi-bin/ed20090112a1.html) i myślę, że nie bez kozery napisali.
| < Poprzednia | Następna > |
|---|





